Шаблоны Joomla 3 здесь: http://www.joomla3x.ru/joomla3-templates.html

beyzymW ramach cyklicznych spotkań wykładowych organizowanych przez Łucką Szkołę Katedralną, w dn. 15 marca 2015 roku została wygłoszona przez ks. prof. dr. hab. Wojciecha Kluja OMI, profesora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, prelekcja o życiu i działalności bł. Jana Beyzyma SJ, apostoła i opiekuna trędowatych na Madagaskarze.

W tym także dniu Stowarzyszenie Lekarzy Polskiego Pochodzenia na Wołyniu ogłosiło błogosławionego Ojca Beyzyma swoim patronem.

Publikujemy tekst wygłoszonej prelekcji i zapraszamy do udziału w przyszłych spotkaniach Łuckiej Szkoły Katedralnej.

 

 

 


Wojciech Kluj OMI, UKSW

Śladami ojca Beyzyma

Temat, który został mi zadany zawiera dwa zagadnienia. Po pierwsze osoba błogosławionego jezuity pochodzącego z tych terenów — ojca Jana Beyzyma, po drugie pamięć o nim i poszukiwanie śladów, które pozostawił po sobie. W pierwszej więc części pragnę krótko naszkicować tę niezwykłą postać, w drugiej zaś zająć się tym, co pozostało po jego pracy na Madagaskarze. Myślę, że o śladach jego pracy sprzed jego wyjazdu więcej powiedzieć mogą miejscowi historycy.

 

beyzymW ramach cyklicznych spotkań wykładowych organizowanych przez Łucką Szkołę Katedralną, w dn. 15 marca 2015 roku została wygłoszona przez ks. prof. dr. hab. Wojciecha Kluja OMI, profesora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, prelekcja o życiu i działalności bł. Jana Beyzyma SJ, apostoła i opiekuna trędowatych na Madagaskarze.

W tym także dniu Stowarzyszenie Lekarzy Polskiego Pochodzenia na Wołyniu ogłosiło błogosławionego Ojca Beyzyma swoim patronem.

Publikujemy tekst wygłoszonej prelekcji i zapraszamy do udziału w przyszłych spotkaniach Łuckiej Szkoły Katedralnej.

 

 

 


Wojciech Kluj OMI, UKSW

Śladami ojca Beyzyma

Temat, który został mi zadany zawiera dwa zagadnienia. Po pierwsze osoba błogosławionego jezuity pochodzącego z tych terenów — ojca Jana Beyzyma, po drugie pamięć o nim i poszukiwanie śladów, które pozostawił po sobie. W pierwszej więc części pragnę krótko naszkicować tę niezwykłą postać, w drugiej zaś zająć się tym, co pozostało po jego pracy na Madagaskarze. Myślę, że o śladach jego pracy sprzed jego wyjazdu więcej powiedzieć mogą miejscowi historycy.

 

1. Ojciec Jan Beyzym SJ (18501912)

Jan Beyzym urodził się 15 V 1850 r. w Beyzymach Wielkich na Wołyniu. Po upadku powstania styczniowego, gdy Jan miał 13 lat, jego ojciec został skazany na karę śmierci a ich rodzinny dwór spalony. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie (18641871) wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi. Miał wtedy 22 lata. Po studiach w Krakowie, 26 VII 1881 r. otrzymał święcenia kapłańskie i został posłany do Tarnopola, gdzie pracował 6 lat (18811887). Później przez 10 lat był wychowawcą w słynnym zakładzie naukowo-oświatowym w Chyrowie (do 1898).
Zanim przejdziemy do drugiego etapu jego życia, spróbujmy zebrać najważniejsze rysy jego osobowości, która kształtowała się na tych terenach. Pierwsze czterdzieści z górą lat jego życia nauczyło go odnajdywania się w trudnych warunkach, łącznie z wojną i śmiercią najbliższych osób. Jednocześnie na te trudne wydarzenia nauczył się patrzeć w świetle wiary. Decyzja o wstąpieniu do zakonu jezuitów pokazuje, że chce dalsze swe życie ofiarować Bogu. Widzi w tym większy sens swego życia. Formacja zakonna prowadzi go w różne miejsca, m.in. do Krakowa, gdzie otwiera się nie  tylko na swoje lokalne tradycje, ale uczy przeżywać i pogłębiać wiarę wśród ludzi, którzy mają trochę inne tradycje. Uczy się pogłębiania wiary w spotkaniu z innymi ludźmi. Wiara to nie tylko powtarzanie tego, czego się nauczył w dzieciństwie, ale to stały rozwój. Ten rozwój ostatecznie prowadzi Bóg, więc człowiek nie wie dokąd go zaprowadzi droga jego życia.

Pierwsze siedemnaście lat jego posługi kapłańskiej przebiegało w Tarnopolu i Chyrowie. Dokładniejszą analizę tego okresu pozostawię miejscowym historykom. Chcę tylko podkreślić, że to właśnie na tych terenach, pracując głównie z młodymi jako wychowawca, uczył się nie tylko sam pogłębiać wiarę, ale również przekazywać ją innym. Ten etap obejmujący ponad ćwierć wieku życia w klasztorze był bardzo ważny w jego życiu. Tego uczył się na swych ziemiach rodzinnych.

Rozważając swoje powołanie, odczytał jednak że Bóg chce go posłać do innego zadania. W wieku 48 lat, gdy niektórzy myślą już jak sobie wygodnie ułożyć życie do emerytury, Jan decyduje się rozpocząć zupełnie nowy etap w swym życiu. Jest to decyzja w pełni przemyślana i przemodlona. Ma już za sobą spore doświadczenie życiowe: ogólnoludzkie i zakonne. Na zawsze opuszcza kraj 17 X 1898 r. udając się najpierw do Francji, a później do trędowatych na Madagaskar. Nie wie wtedy jeszcze, że na tą drugą część życia – z której później będzie głównie znany – zostało mu dane czternaście lat, czyli mniej niż przeżył posługując na Wołyniu.

Po długiej podróży ten prawie pięćdziesięciolatek dociera na Madagaskar. Madagaskar to czwarta pod względem wielkości wyspa świata licząca nieomal 590 tys. km2, położona ok. 400 km od Afryki. Gdy nowy przybysz dotarł na Madagaskar, napotkał ludzi którzy mieli swoją wielką, choć również bolesną historię. Nie sięgając do wcześniejszej historii – okresu walk różnych plemion o władzę na wyspie – cztery lata przed przybyciem o. Jana wyspa została podbita przez Francuzów i stała się kolonią. Malgasze nie żyli więc we własnym kraju, ale w niewoli. W okresie od 1862 r., bardzo dobrze zaczęły rozwijać się misje – zarówno katolickie jak i protestanckie, ale wciąż było to chrześcijaństwo słabo zakorzenione. Od 1895 r. wszystko kontrolowała Francja, która wcale nie wspierała rozwoju misji, a często wręcz przeszkadzała. Prości ludzi nie rozróżniali historii Europy. Dla nich każdy biały był po prostu obcym. Ojciec Jan też z początku był postrzegany jako jeden z przedstawicieli kraju, który ich podbił.

Jeśli ktoś miał okazję wyjechać na dłużej na inny kontynent, to rozumie, że na początku trzeba się wielu rzeczy uczyć od początku, najpierw języka. Ojciec Jan musiał się więc nauczyć żyć w nowych realiach nowego kraju. Musiał się też nauczyć przeżywać wiarę w nieco innych warunkach, niż znał dotąd. Ponadto rozpoczynał on nową formę posługi – pracę z trędowatymi. Do tego jego determinacja, aby pracować wśród trędowatych często nie jednała mu przychylności współbraci. Ostatecznie pozwolono mu na pracę z trędowatymi, ale praktycznie został skazany na pracę w osamotnieniu. Nie miał wielkiego wsparcia wspólnoty.

Najpierw (18991902) pracował w Ambohivoraka, niedaleko stolicy, gdzie przybywało ok. 150 chorych. Dzielił się z chorymi swoją skromną porcją jedzenia. Gdy placówka została zamknięta, nie zniechęcił się, ale znalazł miejsce zwane Marana, niedaleko dużego miasta Fianarantsoa, na południe od stolicy, w regionie Betsileo. Tam od podstaw zaczął tworzyć dom-szpital dla swoich chorych. Brakowało wszystkiego. Nie tylko lekarstw, ale wręcz jedzenia, którego podstawę na Madagaskarze stanowi ryż. Zdecydował się zamieszkać wśród trędowatych, aby przełamywać bariery strachu i znieczulicy. Widział, że dla chorych ma trąd niezbędny jest szpital, a nie tylko jakieś schronienie. Konieczni są lekarze i pielęgniarki. Na te ostatnie znalazł siostry św. Józefa z Cluny (które pracują tam do dzisiaj). W tym sensie o. Jan stał się na Madagaskarze prekursorem opieki nad trędowatymi. Opatrywał nie tylko ich ciała, ale troszczył się również o dusze; prowadził katechizację, propagował szkaplerz i modlitwę różańcową.

Przy organizacji tego dzieła ujawniła się kolejna cecha o. Jana. Nie dysponując żadnymi funduszami, zaufał najpierw Maryi, której zawierzył swe dzieło, ale również szukał środków na utrzymanie swych chorych i rozwój ośrodka. Zaczął pisać listy z prośbą o pomoc do różnych krajów świata. Współbracia – jezuici, wydawali w Krakowie czasopismo „Misje Katolickie”. W ten sposób stał się też prawdziwym animatorem misyjnym w Polsce i w pewnym sensie wychowawcą narodu, który w trudnym okresie historii potrafił zerwać się do wsparcia ważnego dzieła, które łączyło serca wielu.

W ten sposób udało się zebrać pieniądze, aby wybudować leprozorium. W kaplicy umieścił obraz Matki Bożej, który przywiózł ze sobą. Dorobił do niego ramę. Do dziś przetrwał również jego kielich i tabernakulum, które sam wykonał. Niejednokrotnie sam sięgał po łopatę i taczkę. Ostatecznie szpital na ok. 150 osób został otwarty 16 VIII 1911 r. Chociaż on sam zmarł rok później, jego dzieło istnieje do dziś, a nawet zostało rozbudowane i powiększone.

Choć pracował wśród chorych i znamy nawet jego zapiski, w których prosił Boga, aby mógł stać się jedno ze swymi chorymi również poprzez trąd, to jednak nie zachorował na tę chorobę. Poza pracą fizyczną wiele się modlił w intencji tego dzieła. Nie tylko to dzieło, ale całe swoje życie zawierzył Maryi. Pozostając do końca życia twardym Tatarem z Wołynia pracował ponad siły i ostatecznie zmarł w Maranie 2 X 1912 r. z przepracowania.

W wielu wymiarach o. Jan w drugiej, malgaskiej części swego życia, może pozostać dla nas inspiracją. Przede wszystkim ukazując jak łączyć młodzieńczy zapał z doświadczeniem życiowym człowieka dojrzałego a także z wytrwałością z rozwagą potrzebną w sytuacjach misyjnych.

W końcu, bł. o. Jan jest przykładem w wymiarze świętości życia. Potwierdził to papież Jan Paweł II ogłaszając go w Krakowie dnia 18 VIII 2002 r. błogosławionym. Jego wspomnienie liturgiczne przypada 12 października. Poza Maraną szczególnym miejscem jego kultu jest bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. Na Ukrainie nie znam.

 

2. Ślady po o. Janie

W części poświęconej śladom po bł. o. Janie, które przetrwały po dziś dzień, chciałbym przede wszystkim wskazać to, co po nim widzialnego zostało, przytaczając kilka cytatów z jego listów oraz pokazać inne pamiątki po nim w postaci zdjęć.

Zanim jednak do nich przejdziemy warto zwrócić uwagę na fakt, że szukając pieniędzy na leprozorium o. Jan musiał pisać wiele listów.  Niektóre z nich były później publikowane w „Misjach Katolickich”. W jednym z listów (z dnia 28 I 1900 r.) napisał: „Z każdą pocztą muszę wysłać zwykle kilkanaście listów co najmniej, w najrozmaitsze strony, dlatego śpieszę się zazwyczaj z pisaniem, ile tylko mogę. Nigdy mi się nie śniło przedtem, że będę musiał kiedyś w życiu tak korespondować. Oto np. niedawno wysłałem listy do Ameryki, Włoch, Rosji, Francji i Galicji. Ażem swobodniej odetchnął, kiedy to wszystko wyekspediowałem. Ale trudna rada, położenie moich biedaków wymaga, żebym żebrał, zatem muszę gryzmolić”.

Listów było bardzo dużo. Wiele z nich oprócz publikacji w „Misjach Katolickich” było później wydawanych w różnych zbiorach. Ta olbrzymia ilość listów spowodowała, że o. Jan stał się jakby symbolem a jednocześnie przykładem misjonarza końca XIX i początku XX w. Z jednej strony jego listy uwrażliwiły polskojęzycznych (i nie tylko, bo jego listy były drukowane w różnych językach) czytelników na potrzeby misyjne. Z drugiej zaś strony ukazały, że misje bardzo ściśle wiążą się z tym, co dziś nazywamy „promocją ludzką”, albo „pomocą w rozwoju”. Bardzo praktycznie, o. Jan wraz z św. o. Damianem – apostołem trędowatych na wyspie Molokai na Hawajach, do tego stopnia „nagłośnili” sprawę leczenia osób chorych na trąd, że dziś właściwie jest to już choroba prawie w pełni leczona.

O. Jan Beyzym pozostał w świadomości wielu Malgaszy. Gdy podczas swej podróży apostolskiej na Madagaskarze, dnia 1 V 1989 r. papież Jan Paweł II odwiedził Fianarantsoę, abp Gilbert Ramanantoanina wręczył mu na pamiątkę trochę ziemi z grobu o. Jana, na co papież odpowiedział, że zna tę postać. Po beatyfikacji o. Jan jest również wspominany na Madagaskarze nie tylko liturgicznie jako jeden spośród 4 osób pracujących na wyspie wyniesionych na ołtarze, ale w sposób szczególny przez polskich misjonarzy pracujących tam obecnie.
Aby przybliżyć styl pisania o. Jana, tytułem przykładu pragnę podać dwa fragmenty napisane przez niego w pierwszych latach posługiwania, a później pokazać kilka zdjęć.

«Dziś się dowiedziałem — pisał o. Beyzym w jednym z pierwszych listów — że i rząd, i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byleby nie byli między zdrowymi — u nich trędowaty to trędowaty, ale nie człowiek. Wielu nieszczęśliwych włóczy się po bezludnych miejscach, póki mogą, aż wreszcie wycieńczeni padają i giną z głodu»

(list z 13 kwietnia 1899 r.).

«Spłakałem się jak dziecko na widok takiej nędzy… Ci nieszczęśliwi gniją żywcem, wskutek czego nadzwyczaj są obrzydliwi, śmierdzą niemiłosiernie, jednak nie przestają być przez to naszymi braćmi i ratować ich trzeba. A co jeszcze bardziej mnie trapi, to nędza moralna, pochodząca przeważnie z tej nędzy materialnej»

(list z 28 kwietnia 1900 r.).

   

Muitimedia  

   

Konsulat RP w Łucku

   

   

Wolanie z Wolynia

   
© Управління Луцької дієцезії Римсько-Католицької Церкви
Ш§ЩЃЩ„Ш§Щ… ШіЩѓШі sexo casero visitez nous filme porno hd porno cuckold you porn video porno hard tube-8.be clash royale hack clashroyaleastuce.be
filmeporno.top xnxxx.cc desi sex
gratis porno